Myk, myk i zrobione

W nowym mieszkaniu łazienka była nieduża. Kafle wybrane, wanna czeka. Zgodnie z zasadą, że najlepsi fachowcy są z polecenia, zaprzyjaźniony glazurnik miał się tym zająć. Przyszedł, rzucił okiem znawcy i – zgodnie z oczekiwaniami – ocenił, że „myk, myk i będzie gotowe”. Remont trwał dwa tygodnie…

Ktoś mógłby powiedzieć, że długo. Miałby rację. Ale za to zaprzyjaźniony glazurnik może z czystym sumieniem powiedzieć, że nigdy nie zhańbił się fuszerką. A ja potwierdzę i jeszcze mu wystawię referencje.

Choć projektowanie oprawy graficznej do książki może wydawać się sprawą łatwiejszą, niż wyłożenie kafelkami powierzchni 3 m² (a na pewno łatwiejszą, niż wybór odpowiednich kafli bez niebezpieczeństwa rozwodu), to – zakładając, że projekt ma być dobry – owo „myk, myk” kryje w sobie stosunkowo złożony i czasochłonny proces. Kolejne etapy projektowania mogą się na siebie nakładać, tasować, powtarzać…

Zaczynamy od poznania treści i tematyki książki, jej klimatu, odbiorców, oczekiwań wydawcy czy autora. Inaczej podchodzimy do książek, które mają stanowić początek serii, inaczej do jednostkowych tytułów; inaczej do kryminału, a inaczej do podręcznika biznesowego. Im więcej informacji – tym więcej mamy punktów zaczepienia. Po takim rozeznaniu – przechodzimy do burzy mózgów. Atutem pracy w zespole jest fakt, że mózgów jest kilka. Jednej osobie znacznie trudniej jest spojrzeć na temat z wielu perspektyw, nawet jeśli przeczesze cały Internet pod kątem inspiracji. Szukamy pomysłów, skojarzeń, haseł, idei, na tym etapie zbieramy wszystko, co każdej z nas wpadnie do głowy. Gdy już będziemy dysponować odpowiednią podstawą i narodzi się kilka pomysłów (najlepiej różnych w stylistyce) – zaczynamy wcielać je w życie.

Obecnie banki zdjęć i grafiki różnego autoramentu oferują miliony zdjęć. Bardzo często kwestią paru lub nawet „nastu” godzin jest znalezienie zdjęcia np. o odpowiednim klimacie, czy chociażby właściwej frazy do wpisania w wyszukiwarkę. W kwestii klimatu na szczęście w sukurs przychodzi oprogramowanie graficzne. Gdy wybierzemy już parę propozycji zdjęć, wtedy – czasem wcześniej, czasem później – przychodzi czas na najbardziej „jednostajną” część projektowania (pomaga w tym radio). Jeśli słyszę za plecami regularny stukot jednego klawisza klawiatury (np. w rytm „I need a hero” Bonnie Tyler), który trwa średnio od 5 do 30 minut – mam pewność, że ktoś właśnie szuka odpowiedniego fontu.

Gdy pod koniec paru godzin lub dni spędzonych nad projektami wstępnymi patrzę w monitor, odczuwam zalewającą mnie falę satysfakcji. Z tego stanu wyrywa mnie stojąca za plecami Beata (która zjawia się tam podstępnie i bezszelestnie), mówiąc: „Przecież to nie projekt, a zwykły montaż. Wyjdź ze swojej strefy komfortu i poszalej”.

I wszystko jasne, mogę zaczynać od nowa!

Marta Krzemień-Ojak

Dodaj komentarz